Pandemiczna asertywność, czyli czy ludzie są źli?

Pandemia nie zwolniła tempa. Za to obnażyła relacje międzyludzkie, które często przybierały kształt ciągnięcia przez cielę dojnej krowy wraz z licytacją, która krowa jest lepsza, a która gorsza. Wbrew pozorom marketing wcale nie zaczął kąpać się w kozim mleku i obsypywać złotym brokatem. Jesteśmy zespołem naczyń połączonych – negatywna sytuacja rynkowa odbija się na wszystkich. Branża kreatywna nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Zobaczmy, co się zadziało przez te kilka miesięcy…

To tylko pięć minut

Pojawiły się oczekiwania pomocy tu i teraz. Mamy dźwignąć offline i spowodować, że nagle będzie idealnie prosperował online. Rozumiem rozczarowanie i strach ludzi, którym koronawirus odebrał pracę. Niestety, gdyby zajmowało to mityczne 5 minut, bylibyśmy milionerami. Ale nie ma co wierzyć słodkim obrazkom z Instagrama, za wszystkim (co wykonywane porządnie) czai się ciężka praca. Godziny spędzone przed ekranem monitora. Uzgodnienia i umowy. Telefony, wymiana maili. Mamy swoisty boom pracy zdalnej, która nie zawsze wydaje się taka piękna, jak rysują to inni. Pozbawieni normalnych kontaktów międzyludzkich, bez możliwości obcowania ze sztuką, sportem, wydarzeniami… dziczejemy. Bo chyba tak można tylko usprawiedliwić hejt, jaki wylewa się w Internecie. To my sami możemy ustalić, jak chcemy pomagać. Czasami jest to drobna kwota wpłacona na chore dziecko czy zwierzaka i to też jest okej.

Masz końskie zdrowie

Często wierzymy w mit, że taka praca jest zdrowa – bo gdzie się zarazić koronawirusem, jeśli siedzi się w domu? A tymczasem nie umieramy wcale na COVID, zabijają nas inne choroby cywilizacyjne. Słyszymy, że jesteśmy sami sobie winni, trzeba było mieć zdrowszy tryb życia. A jednocześnie oczekuje się stałej dostępności do sieci, którą tworzą miliony ludzi – webmasterzy, contentowcy, administratorzy… Musimy się cieszyć idealnym zdrowiem. Urlop zdrowotny w branży kreatywnej to śliski temat, nikt przecież nie lubi opóźnień w terminach.

Przecież i tak siedzisz w domu!

Skoro pracujemy z domu to zapewne mamy czas na wszystko. Pracę, sprzątanie, gotowanie i zdalną szkołę. Możemy rozciągnąć bez żadnych swoją dobę i odpisywać 24/7. Być tu i teraz wobec tych, którzy tego oczekują. Natychmiast. Wygrywa prędkość, ten kto odpisze po weekendzie, wypada z gry. Pytanie czy sam chciałby zagrać na tych samych zasadach? Jak długo wytrzymałbyś w trybie stand-by, z bardzo szybkim czasem reakcji?

Pandemia nauczyła mnie, że to nie ludzie są źli. To my musimy nauczyć się jasno wyznaczać granice. Kiedy jesteśmy chorzy – spokojnie dojść do zdrowia. Odpowiadać w określonym czasie na maile i wiadomości, niekoniecznie po minucie od wysłania. Znaleźć bezwzględnie czas dla siebie i liczyć się… z falą hejtu oraz niezrozumienia.

Z każdym można się dogadać pod warunkiem, że rozumie Twoją sytuację. Jeśli tylko stoi od razu w opozycji do Ciebie, to może czas odpuścić. Nie każdy jest Twoim klientem, tak samo Ty nie jesteś idealnym zleceniobiorcą dla każdej osoby. Tak samo, jak z nie każdym możesz się przyjaźnić. Bo straconego czasu na takie dziwne relacje nikt Ci nie odda. I pandemia nie ma tu nic do rzeczy.

— wpis z kategorii: work-life balance w pracy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *